Caeremoniale Romanum

Recenzje „Komentarza do Ceremoniału Biskupów” Mons. Gromiera

Równie osobliwe, co dzieło Mons. Léona Gromiera, są również jego recenzje, zwłaszcza te pisane przez krytyków francuskiego prałata. Jedną z takich recenzji odważył się opublikować Louis Bouyer, protestant nawrócony na katolicyzm, promotor Soboru Watykańskiego II oraz ruchu liturgicznego i późniejszej reformy liturgicznej, autor znanych i poczytnych dzieł z zakresu teologii i liturgii, np. Misterium Paschalne, Eucharystia. Teologia i duchowość modlitwy eucharystycznej, czy Architektura i liturgia. Recenzja ukazała się w sztandarowym francuskim czasopiśmie ruchu liturgicznego La Maison-Dieu nr 62 (1960/2), na stronach 152-153.

Tekst Bouyera, chcąc pełnić rolę raczej sarkastycznego i ironicznego sprowadzenia ad absurdum dzieła i myśli Gromiera, wobec tego, co wydarzyło się z liturgią i katolickim ceremoniałem po 1965 roku, stanowi dziś swoistą laurkę dla książki francuskiego znawcy liturgii papieskiej i pontyfikalnej.

Jeśli uda się odnaleźć inne recenzje lub wzmianki prasowe o Komentarzu do Caeremoniale Episcoporum Mons. Gromiera, będą one umieszczane i omawiane również w tym miejscu.

Skan recenzji z zasobów Gallica.

Osoby przyzwyczajone do tego rodzaju komentarzy rubrycystycznych, zuchwale nieświadome zarówno historii, jak i teologii liturgii, nie wspominając już o ogólnych normach prawa kanonicznego, a do tego, jak się zdaje, pisanych gumką do wymazywania (pokój duszom Haegy’ego, Héberta i całej reszcie!), będą musiały wykonać niemały wysiłek, by przystosować się do tej książki.

Kto bowiem spodziewałby się znaleźć w podręczniku ceremonii kościelnych taką werwę, a nawet żółć, taki dowcip, w każdym znaczeniu tego słowa, czy wręcz styl, który wydawał się zastrzeżony dla drugiego księcia de Saint-Simon? A jednak, gdy się nad tym zastanowić, nie jest aż tak zaskakujące, że pasja do obrzędów, niemal maniakalna, a zarazem wzniosła, przynosi skutki podobne do pasji dla etykiety dworskiej, jeśli rozwija się przez całe życie w umyśle łączącym niezwykłą erudycję, bezlitosne spojrzenie – i równie bezlitosny ząb – z wrodzonym wyczuciem wielkich, żywych rzeczywistości ukrytych w formach pozornie najbardziej przestarzałych. Do tego dochodzi wyczucie języka, jakiego mógłby pozazdrościć wielki pan, a którym może władać równie dobrze podupadły na zdrowiu kanonik, jak senator Pococurante.

Owoc tej osobliwej osobowości, odnowionej i przyobleczonej w szaty duchowne w sposób dość nieoczekiwany, przynosi, pośród rozważań, które powinny być nużące, lecz dzięki językowi autora nigdy takie nie są, niezliczone niespodzianki, każda bardziej rozkoszna od poprzedniej.

Interesuje kogoś kolor szat biskupich? A może, jeśli wolno porównywać rzeczy małe z wielkimi, oznaki godności (monsignor Gromier powiedziałby zapewne: „błyskotki”), którymi przyozdabiają się uczeni, dyskretni i czcigodni członkowie znamienitych kapituł francuskich? Albo herby, dewizy i zawołania używane przez najczcigodniejszych biskupów? W tej niezbędnej książce znajdzie nie tylko wszystko, co można na ten temat wiedzieć, lecz także wszystko, co należy o tym sądzić, nawet jeśli rozsądniej byłoby nie mówić o tym ani nie pisać, chyba że jest się wicedziekanem kapituły watykańskiej.

Za najlepszą część dzieła uważam jednak, jak powiedziałby nasz Du Bellay, popisowy fragment poświęcony wjazdowi biskupa konno do jego miasta katedralnego. Jest piękny jak posiedzenie sądu królewskiego zwołane w celu unieważnienia testamentu Ludwika XIV.

Nie należy jednak wyobrażać sobie, że to niezwykłe dzieło jest jedynie jakimś monumentalnym, kościelnym odpowiednikiem almanachu pełnego ciekawostek. Owszem, w obecności autora – a cóż dopiero człowieka! – wychowanego w samym centrum tego świata, znającego wszystkie jego zakamarki i oprowadzającego po nich z niezrównanym autorytetem, Ferdinand Fabre, André Billy i Roger Peyrefitte wyglądają jak nieporadni chłopcy, którzy zaledwie dukają.

Byłoby jednak szkoda, gdyby ten atomowy fajerwerk, odpalony w samym blasku chwały Berniniego, przesłonił swoimi rzymskimi ogniami, w iście francuskiej pirotechnicznej oprawie, sprawy bardzo poważne, które skrywa. Nie chodzi mi jedynie o wiedzę autora, której autentyczność jest tak wielka, że można żałować, iż tak wyniośle odmawia ona przyziemnej formy przypisów.

Chodzi mi o to, że książka ta zawiera wiele myśli prawdziwie złotych. Dotyczą one właściwego sposobu interpretowania rubryk i odpowiedzi Kongregacji Obrzędów, w perspektywie historycznej, kanonicznej i racjonalnej, tradycyjnego charakteru liturgii, ścisłego związku między prawdziwym rozumieniem Kościoła a rozumnym sprawowaniem świętych obrzędów, a także licznych innych zagadnień równie ważnych, a dziś podobnie zaniedbywanych.

Nie mniejsze zdziwienie niż ogromna erudycja i rozbrajająco zabawne refleksje może więc budzić odkrycie, jak wiele cennych myśli zawiera ta książka. Również Louis de Rouvroy, drugi książę de Saint-Simon, nie trąbił bezmyślnie w róg myśliwski, gdy ogłaszał triumf nad pewnymi utartymi poglądami.

Louis Bouyer